wyjazd na majówkę - Syria, Jordania

Kategoria: Ciężki sprzęt bojowywyjazd na majówkę



beniec
2008-06-30, 12:11
No w końcu się zebrałem i spisałem relację z naszej krucjaty. Oto ona:


Uczestnicy:
Majek na Yamaha FZ6-S; 2004 (Zezula)
beniec na BMW R1150GS Adv; 2004 (wielbłąd)

Najpierw były przygotowania, jak zwykle mnostwo kasy na graty, gadżety i takie tam pierdoły. Spotkania z Majkiem i ślęczenie nad mapami papierowymi i w sieci. Dodatkowe atrakcje w pracy: planowany wyjazd 1 maja, a okazuje się, ze 27-30 kwietnia mam być w Pradze. Ale udało się wybrnąć i to nawet z korzyścią dla mnie i dla wycieczki – pojechałem do Pragi motocyklem, a ciuchy ‘służbowe’ dowiózł prezes. Dzięki temu w środę, zamiast wracać służbowo do Wawy zyskaliśmy dodatkowy dzień na wycieczkę.
Ale po kolei:

Dzień 0 – 659km
Wawa – Częstochowa – Opole – Nysa – Kłodzko – Kudowa – Jicin - Praga
Przejazd bez przygód, Kłodzko – ładne miasto i twierdza, zaliczyłem drogę 1000 zakrętów w górach stołowych + parę fajnych winkli po czeskiej stronie, ale bez rewelacji. Korek na autostradzie do Pragi (powrót z łikendu), dobra nawigacja AutoMapy przez Pragę, logowanie w hotelu (hotel z tych wypaśnych, bo to służbowo – mina pani w marmurowo-lśniącej recepcji przy formalnościach załatwianych z oklejonym muchami motocyklistą – bezcenna:)

Potem 2 dni w Pradze służbowo, aż wreszcie nadszedł 30 kwietnia, czyli:

Dzień 1 – 1395km
Praga – Bratysława – Budapeszt – Szeged – Belgrad – Nisz - Sofia
Start o 6 rano, w nocy padało, ale teraz OK. Mijam Bratysławę i o 9.00 jestem na granicy SLO/WEG. Piknik i czekam na Majka. Dojeżdża z Polski spod granicy 9.40. Fota i w drogę. Mijamy Budapeszt, koło Keczkemet Majkowi kończy się paliwo – trochę spuszczamy z Wielbłąda, ale cos słabo leci, jadę na najbliższą stację – OK. Przy wyjeździe ze stacji – panowie w mundurach – kontrola winietek. Dobrze, że mamy. Granica z Serbią spoko, myk do Niszu, skręt na Sofię – bardzo ładny kawałek drogi kanionem nad rzeką, zmrok. Przed Sofią jeszcze policja, 117/50 w moim wykonaniu, ale spoko, zabrał na boczek, pogroził potwornymi konsekwencjami, wziął 20€ łapówy i w drogę. Objeżdżamy Sofię już po nocy i jakieś 50 km dalej znajdujemy motel i się logujemy. Hustler TV i browar bułgarski… czegóż można chcieć więcej po tak uroczym dniu:)

Dzień 2 – 731km
Sofia – Plodviv – granica BŁG/TUR - Edirne – Keson -_prom_- Canakkale – Troja - Balikesir
Start o poranku i napieramy. Nuda przez Bułgarię, granica z Turcją – godzinka na przejście, 57stopni w słonku:). Napieramy na Dardanele. Kawka i herbatka za frii w przydrożnej knajpce. Lecimy wzdłuż morza Marmara. Przy Dardanelach zjazd na plażę – kąpiemy Wielbłąda. Oczywiście grzęźnie w piachu. Trochę spocenia przy wywleczeniu go z plaży i lecimy dalej. Prom. Troja – żenada – drewniany koń jak na placu zabaw dla dzieci i kawałek muru. Lecimy dalej, odjeżdżamy od morza. Się ściemnia. Spać. Lokalersi prowadzą swoimi pierdopędami do hotelu. Spacer po mieście. Piwko. Hustlera brak:(

Dzień 3 – 1087km
Balikesir – Usak – Konya – Adana – Iskenderun – Antakya
Znów poranne wstawanie i napieramy przez Turcję. Na początku fajna droga przez góry – winkle, widoczki, tylko nawierzchnia do dupy – Wielbłąd sobie radzi, ale Zezula kica na zakrętach. I tak jakieś 200km. Potem nuda. Myje motocykl na stacji benzynowej – po wczorajszej kąpieli w wodzie morskiej mu się należy. Znów policja i przekroczenie prędkości. Bariera językowa nie do przeskoczenia. Mandaty zajebiście drogie – bierzemy kredytowe, od tej pory przy przekraczaniu granic mamy dodatkową adrenalinę – wbiją je do systemu, czy nie? I czy oni w ogóle mają jakiś system? Od Adany autostrada, mijamy Iskenderun – jakieś fabryki, dym, lecimy dalej do Antiochii. Poszukiwanie hotelu, raz-dwa nas prowadzą lokalersi, motocykle pod sklepem całodobowym pod okiem sprzedawcy, my w cywilu w miasto na kebab i browar, potem hotel i chrrr. Hustlera brak:(

Dzień 4 – 442km
Antakya - granica TUR/SYR – Harem - Banyars (Al Marquab) – Tartus - Al Hosn (Crac des Chevaliers)
Pobudka wcześnie rano i zwiedzanie miasta w poszukiwaniu murów Antiochii. Pierwsza krucjata spędziła tu ponad rok, najpierw oblegając miasto przez 9 m-cy, potem broniąc się przez 2 a potem kłócąc między sobą przez kolejne 2:) Mury były potężne, ale dzisiejsi mieszkańcy z trudem kumają o co mi się rozchodzi. Wyjeżdżamy wysoko w góry, pstrykamy coś co komisyjnie uznajemy za fragment muru:)) i grzejemy do granicy, bo kurna czasu brak. Granica – super! Ponad 2 godziny, pan Syryjczyk jednym palcem wbijający dane do kompa, papierki, kwity, dolary lecą, pomaga nam lokalny fixer. I już w Syrii. Kierunek Harem i okoliczne góry. W Haremie – pierwszy kontakt z tubylcami i ich straszna życzliwością. Nie możemy odjechać:))) Z trudem i przykrością odrzucamy oferty wypicia herbat oraz noclegów. Co ważne – nie chodzi o sprzedaż herbaty, czy noclegu – są to propozycje wyłącznie płynące z uprzejmości i niepojętej już dla nas gościnności. W końcu udaje nam się wymknąć. Gubimy się w górach, ale piękne są, więc nie szkodzi, GPS pokazuje azymut, więc w końcu z nich wyjeżdżamy. Żyzna dolina wzdłuż rzeki … - strasznie tam dmucha, przestawia nam motocykle na pas przeciwnika. Przynajmniej nie jest nudno. Potem skręcamy na zachód i przez góry lecimy w kierunku morza. Piękne góry, robi się zimno. Nad morzem kierunek na południe i docieramy do Banyars. Tu się gubimy. Ratują nas skuterkowcy – wyprowadzają nas na Marquab – pierwszy z zamków krzyżowych na naszej drodze. Wjeżdżamy na szczyt. Zajebisty zamek, właściwie ruiny. Zwiedzamy. Super. I widok z góry na okolicę i na morze i zachodzące słońce… robi się rrromantycznie:) Pijemy herbatkę z biesiadującymi u podnóża zamku autochtonami, pogaduchy i prowadzą nas swoimi motorkami do drogi na Al Hosn, czyli do Crac des Chevaliers. Zapada zmrok. Docieramy na miejsce, długo szukamy noclegu, wreszcie jest – hotel w sam raz do naszego romantycznego nastroju – różowe poduszeczki, te sprawy. Browar. Hustlera brak:(

Dzień 5 – 786km
Crac des Chevaliers – Hims – Damaszek - granica SYR/JOR – Amman - Aquaba
Dobre lokalne śniadanie z oliwkami, serami i takimi tam. Zwiedzanie zamku – zajebisty! Dużo fotek, gorąco. W drogę. Syryjska autostrada – przynajmniej nie jest nudno:))) Zawracanie, jazda pod prąd, skutery, wypas kóz – wszystko dozwolone. Zero policji drogowej – jedziesz tak szybko, na ile masz odwagę:))) Granica Syr-Jor – spoko, już łapiemy o co w tym chodzi, na luziku przebywamy procedury i już po niecałych 2godzinach napieramy dalej. W Jordanii jest policja drogowa i to mnóstwo. 10 km. od granicy haltują Majka (mnie nie zdążyli – jechałem pierwszy) i mówią, że tu nie wolno zapierdalać. Ale bez mandatu. Cudnie, a przecież nam się spieszy. Nam się tu ciągle spieszy:) A dodatku makabrycznie błądzimy w Ammanie. Ponad godzina w plecy. Ale potem widoki robią się bardziej pustynne. Po nocy docieramy do Aquaby. Szukamy hotelu, jest sklep z alkoholem – ufff, bo się baliśmy, że u muzułmanów to nie będzie. Potem jest i hotel (jest ich w pytkę, ale nie będę spal za 75€ - znaleźliśmy taki za 14$ za dwójkę, za to brzydziliśmy się tam wykąpać i spaliśmy w śpiworach:). Po zalogowaniu się w miasto. Coś zjeść, potem szysza, kawa, orzeszki i browar do kurna baaardzo późna, a właściwie to do wczesna rano;) To w końcu polowa drogi! Spać. Hustlera brak, sił też.

Dzień 6 – 441km
Aquaba – Petra – Kerak - Morze Martwe
Kawałek na południe zaliczyć morze czerwone i wracamy na północ. Odbijamy na Petrę. Pustynie takie, że kurna dech zapiera. Co jakiś czas zjazd na krótki offrołdzik. Znaczy głównie ja wielbłądem, Majek rzadko – przy jednej z takich akcji zalicza glebę – wyglądała poważniej niż jej realne skutki. Ogarniamy się i dalej naprzód. Petra – super. Okoliczne widoczki też. Zwiedzamy i lecimy dalej. Kierunek – Kerak, kolejny zamek krucjatowy. Droga wychodzi nam o wiele dłużej niż to kalkulowaliśmy – same góry, winkle, co chwila ‘stój’ na zdjęcia – wiemy, ze mamy w plecy z czasem, ale nie możemy przestać pstrykać:) o zmroku jest Kerak. Walimy foty z drogi i odpuszczamy sobie zwiedzanie. Zjeżdżamy nad Morze Martwe. Gorąco. Jest 22, i +30 stopni. Hotelu brak. Jedziemy na północ wzdłuż brzegu, zatrzymywani co ok. 20 km na blokadach wojskowych – bardzo sympatyczne pogaduchy, żadnego sprawdzania – chłopaki strasznie się tam nudzą. Ale Hummery z działkami maszynowymi na dachach robią wrażenie:) Dojeżdżamy na północny kraniec Morza, hotele są, ale typu Marriott, to my dziękujemy, znajdujemy fajny parking, gdzie siedzą arabskie rodziny i palą szysze. Rozkładamy karimaty i chrrr. Bez piwa:( o Hustlerze nie wspomnę:(((

Dzień 7 – 444km
Morze Martwe – Amman - granica JOR/SYR - Damaszek(zwiedzanie) - Homs
Pobudka rano, pluskanie w morzu martwym, fota na mecie etapu Rajdu Jordanii (skończył się w zeszłym tygodniu, graty jeszcze zostały) i naprzód. Tuż przed granicą znów spotkanie z lokalną policją. Znów tylko ostrzeżenie. Uff. Granica – spoooko. Myk i Damaszek. No fajnie tu jeżdżą. A najlepsi są policjanci na motocyklach. Gadamy z nimi, trochę nas pilotują (w tym również pod prąd na sygnale zatrzymując ruch:), bo oczywiście jesteśmy zabłądzeni.
Docieramy pod cytadele. Tu zostawiamy sprzęty i w cywilu idziemy na wielki bazar, zwiedzamy wielki meczet i kręcimy się po okolicy. Kupujemy trochę prezentów. Zjebani jesteśmy po tym bardziej, niż po całym dniu jazdy. A zajęło nam to z 5 godzin. Z radością wsiadamy na motocykle i opuszczamy to fajne miasto. Dojeżdżamy do Homsu, lokalersi wskazują nam fajny hotel. Jest wyżerka, jest browar, tylko Hustlera nadal brak:)

Dzień 8 – 828km
Homs – Aleppo - (Eufrat) - granica SYR/TUR – Aleppo - granica SYR/TUR2 – Iskenderun – Adana - Pozanti
Pobudka i śniadanie w hotelu – to zawsze strasznie opóźnia wyjazd. Znacznie lepiej sprawdza się opcja batona i kawy przy pierwszym w danym dniu tankowaniu. No ale cóż… Aleppo – zajebisty ruch uliczny – chyba już to czujemy, bawimy się dobrze. Wielki meczet, cytadela (bez wchodzenia do środka), błądzenie i kierunek Eufrat. 200 km i jesteśmy w przygranicznej wiosce nad Eufratem. Stąd chcemy przejechać do Turcji. Najpierw zakupy – chcemy wydać resztę syryjskiej kasy. Kupujemy z 10 kg lokalnych łakoci, bakalii, orzechów. Miejscowy prowadzi nas swoim motocyklem nad rzekę. Ładna. Przejeżdżamy przez most strzeżony przez żołnierzy. „No photo!!!” Eee, jakieś tam zrobiliśmy. Ale jednak w ramach dupochronu postanawiają nas sprawdzić, paszporty, wezwanie lokalnego szeryfa. Oni ani słowa w języku obcym, zdziwieni, ze my nic po arabsku – bo jak to, przecież to łatwe;) Czekamy. Czas płynie, a my mamy jeszcze wy pytę kilometrów na dziś. Jemy morwę prosto z drzewa. Jest szeryf. Też nie habla. Jest miło, ale nas nie puszczają. Pojechali do wsi po lokalnego nauczyciela religii z meczetu. Jest. Gadamy. Pytają co my tu robimy, po co. Dowiadują się, że turystycznie. A, no to ok. To chcieli wiedzieć. To nara – szeryf poprowadzi nas do granicy. Kurna, ponad godzinę staliśmy nad Eufratem, żeby się tego dowiedzieli:) Granica nieczynna. Tureckie komputery kaput. Najbliższe przejście za Aleppo, jakieś 250 km stąd (to którym wjeżdżaliśmy do Syrii). Miły szef celników widząc nasze kwaśne miny proponuje nam nocleg u siebie. Kurna, to byłoby na pewno fajne, ale my się kurna jak zwykle spieszymy. W drogę. Trochę odkręcamy, mimo ‘syryjskiej autostrady’. No i jest blisko, bo niespodziewanie 3 busy z przeciwka przejeżdżają na naszą stronę ‘autostrady’, z czego jeden faktycznie zawraca, a dwa jadą dalej pod prąd. Nie ma czasu na hamowanie. Przelatujemy między nimi. Ufff… ciepło było… Mijamy Aleppo i jest granica. Standard. Zmierzcha. Przejeżdżamy już po ciemku. Napieramy i jakoś w nocy docieramy przez Iskenderun do autostrady, na Adane, zakrętasami do Poznanti. Tam się zaczyna jednopasmowa droga pełna tirów, w ogóle miasteczko jest jednym wielkim przystankiem/bazą dla tirów, po krótkich poszukiwaniach znajdujemy najobskurniejszy hotel na tej wyprawie, ale cenowo górne pułapy:) Browar. Jaki Hustler, jak nawet nie ma telewizora?

Dzień 9 – 943km
Poznanti – Ankara – Morze Czarne – Istambuł
Wczesna pobudka, bo przed nami nie wiadomo ile jazdy tą jednopasmówką z tirami. Z map wygląda, że może to być nawet 200-300km. Okazuje się, ze 50, a dalej dwupasmówka i proste po horyzont. Żeby nie było nudno temp. jest poniżej 10stopni. Przy śniadaniu na stacji benzynowej wbijamy się w podpinki i ciepłe ciuchy. Zaczyna padać. Uślizg tyłu na kałuży przy jeździe 140 km/h na wprost. Zero manewru z mojej strony a moto robi myyyk! No posrałem się. Ale wydało. Obwodnica Ankary, kierunek Istambuł. Autostrada. Śpimy. Majkowi znów kończy się paliwo – przespaliśmy stacje benzynowe. Znów zasysanie przez rurkę – fuj! Lokalni bajkerzy pytają, czy pomóc. OK., stacja benzynowa 5km. Potem zjazd w prawo i poszukiwanie morza czarnego. Fajna droga, szybkie winkle. Jest morze, plaża, moczenie wielbłąda (już bez przygód). Powrót do autostrady i do Istambułu. Korek na wjeździe, przejazd wielkim mostem przez Bosfor i już w Europie (chociaż po Syrii, to w Turcji czułem się jak w europie prosto po przekroczeniu granicy). Bez błądzenia, za to pytając tubylców docieramy do hotelowej dzielnicy koło starego miasta i logujemy się w hotelu. Czuje się źle, nie wiem, czy to ta wypita benzyna na autostradzie, czy też po prostu dopada mnie jakieś zmęczenie, ale padam. Wychodzimy na rundę po mieście i jakieś jedzenie, ale bez przyjemności. Do wyra i chrrr. Mam gdzieś Hustlera, i tak go tu nie mają.

Dzień 10 – 524km
Istambuł – granica TUR/BŁG – Plovdiv – Sofia
Pobudka, śniadanie hotelowe i w miasto. Standard: Błękitny Meczet, Cysterna, Haja Sofia. Pada deszcz. Kurna. Wielki Bazar – żenada. Tak jak wielki bazar w Damaszku przypominał mi nasz stadion dziesięciolecia, tak ten w Istambule przypomina alejkę w galerii handlowej. Dupa a nie egzotyczny bazar:) Szyby, neony, złoto, sprzedawcy w krawatach. Powrót do motocykli, ogarnięcie gratów i o 14 start. Korki – prawie godzina na wyjazd z miasta. Kropi. Pada. Leje. Kropi.. i tak na zmianę. Granica – wieeeelka koleja. Omijamy. Tureckie komputery znowu kaput. Nosz q..wa, no! A chcieliśmy do Sofii dziś. Jedyna możliwość: rozkładamy graty i robimy sobie kawę – jak się zagotuje, na pewno wtedy otworzą, zgodnie z prawem Murphiego. Tak też się dzieje. W panice się zwijamy, myk, myk i Bulgaria. Napieramy. Majek cudem unika wyprzedającego ‘na styk’ Bułgara z naprzeciwka. Ma naprawde ciepło, a ja oglądam to wszystko jadąc drugi. Ściemnia się. Jest autostrada. Pada. Leje. Napierdala deszczem. Dojeżdżamy do motelu (tego z Hustlerem). Jest po drugiej stronie autostrady. Jedziemy do zawrotki… a tak było miło. W sumie nadkładamy 20km. Ale jest! Motel, piwko, Hustler. Eeeeh, to jest życie:))))

Dzień 11 – 1055km
Sofia – granica BŁG/SER – Nisz – Belgrad – granica SER/WĘG – Szeged – Budapeszt – Banska Bystrica – Turcanskie Teplice
Omijamy Sofię, granica Blg/Ser po granicach arabskich to prawie jak Shoengen:). Napieramy do Niszu, potem autostrada, Belgrad. Na stacji spotykamy Roka, Słoweńca. Też wraca z Syrii i Jordanii na Tigerze + plecak. Wymiana wspomnień, kontaktów. Granica z Węgrami i już prawie w domu. Przejeżdżamy przez Budapeszt (bez błądzenia!) i zaraz Słowacja. Kupujemy przemysłowe ilości Lentilków w lokalnym supermarkecie i napieramy. Rozważamy, czy nie dolecieć już dziś do Wawy. Majek się rwie, ja raczej wole się przespać i być w chacie jutro przed południem, wyspany i uśmiechnięty. Decyzję odkładamy na ‘po zachodzie słońca’. Lecimy na Cieszyn. Wjeżdżamy w góry. Zmierzcha. Z innej drogi wjeżdżają przed nas 3 supermoto. Zaczynają się winkle. Staramy się za nimi nadążyć, w końcu odpuszczamy, ale i tak się fajnie rozbrykaliśmy na tych zakrętasach. Jest już noc jadę drugi więc dokładnie widzę jak Majkowi wybiega pod motocykl sarenka, jak dostaje i wylatuje na pobocze. Majek ustał na kołach – szacun. Zatrzymujemy się. Majek oddycha, ja wracam szukać trupa i majkowych odłamków. Ujebany przedni błotnik i kraszpad!!! Zdrowo przywalił zwierzakowi. Trupa brak, tyko trochę krwi. Ale jest noc, a za poboczem jest stromo w dół. Pewnie tam gdzieś leży zezwłok. Plan z jazdą nocną pada – szukamy hotelu. Jest w najbliższej miejscowości. Logujemy się i schodzimy do baru na browar. Ufff. Olewamy Hustlera, i tak nie występują w nim sarenki.

Dzień 12 – 550
Turcanskie Teplice – Zlina – Cieszyn – Czestochowa – Warszawa
Ostatni dzień. Wcześnie wstajemy, zbieramy się do drogi, bo żony czekają. Po drodze przystajemy fotografować zameczki. Piękna pogoda. Przy wyjeździe ze Zliny na Cieszyn, na dwupasmówce jadący przed nami samochód zwalnia i zjeżdża na lewy pas. Jak jestem tuż przy nim ostro odbija w prawo – chce zjechać na dochodzący w tym miejscu wjazd na naszą drogę, ale co, pod prąd? Nie ma czasu o czym myśleć, awaryjne omijanie, nawet klakson zdążyłem odpalić. Jechałem pierwszy – patrzę w lusterko i widzę jak samochód kontynuuje jazdę, blokuje całkiem Majkowi przejazd, jak ten wali mu w bok, na szczęście nie prostopadle, odbija się w prawo, wylatuje z motocykla, moto ślizga się na prawym boku, wali w barierę betonową, Majek ląduje na glebie. Zatrzymuję i lecę do niego. OK. Z samochodu wysiada rozdygotana baba, przeprasza, nie widziała, nie wiedziała, nie chciała… nic tylko jebnąć. Z Majkiem OK. Karetka, policja. Majek – rozcięcie ręki (chyba o lusterko)- tylko! Ma gościu 18 żyć, przecież widziałem, że fruwał:) Zabierają go na szycie. Ja ogarniam pobojowisko, gadam z glinami, kontaktuje się z ubezpieczeniem – motocykl: szrot, trzeba przewieźć do Polski. Baba próbuje ściemniać, że tylko zmieniła pas, a my czysta na gumie. Gliniarz w cywilu jeździ Hornetem, nie łyka jej wersji, zresztą widać to jasno ze śladów szlifowania. Wina baby. Majek wraca spacerem ze szpitala. Przyjeżdża pomoc drogowa. Ładujemy wrak. Zabieram tyle Majkowych gratów na Wielbłąda ile się da (jest tak obładowany, że nie można go postawić na bocznej nóżce, bo się wywala pod własnym ciężarem – przeważa:). Majek z pomocą drogową do Cieszyna, stamtąd pociąg do Wawy. Ja na kołach, już bez przygód też do domu. Tylko przy tankowaniu miałem zabawę z ogarnięciem tak ciężkiego sprzęta. Wyszło później, chcieliśmy być o 12, ale przez wypadek mieliśmy ponad 4godziny w plecy, czyli koło 17 witam się z dziećmi, rodziną – prosto z drogi zajechałem do Piastowa, tam dzieci moich ciotecznych miały komunię, więc jako brudny i zarośnięty „Wuj Mat z podróży” rozdałem dzieciom Lentilki i zdałem wstępne relacje z krucjaty. W domu koło 20. Ufff:)

No to teraz moje ulubione, czyli statystyki:)
Przejechane: 9 885 km w 13 dni.
Spaliłem 695 litrów paliwa.

Czyli średnie spalanie wyszło mi 7,03litra.
Średnio dziennie robiliśmy 760km.

Zdjęcia z wycieczki są na http://majek.riders.pl/200805_krucjata/

cmokam,
beniec
maniek_7
2008-06-30, 16:23
No szacuneczek, fajny kawałek traski     Ale z całej trasy, to głównie drogi zwiedzaliście    ...
druidek
2008-06-30, 17:05
Enduro czy nie, wyprawa godna pozazdroszczenia!     Szkoda tylko Zezuli... takich kierowców jak ta baba to jak napisałeś Beńcu, jebnąć!
hetfield
2008-06-30, 17:42
WOW, świetna wyprawa. Tylko pozazdrościć
MTBiker
2008-06-30, 20:51
.empty.
magnitka
2008-09-18, 14:16
nice one mate ;-)


Sledzilem wyprawe z google maps czesc nazw miejscowosci sie nei zgadza dokladnie ale mozna sie domyslic wiec relax ;-0

jak sie naumiem jezdzic to tez uderzam np do kirgizji albo jeszcze gdzies gdzie mnie nie bylo ;-)

Pozdr,
magnitka


Podobne tematy: